ROZDZIOBIĄ NAS KRUKI, WRONY

2015/06/17



Tym tekstem otwieram cykl postów o tematyce ornitologicznej (nadal jesteś na klahsadom, blogu o polskim wzornictwie). Pozostałe historie może nie będą aż tak ściśle związane z tym tematem, więc będę sygnalizować kiedy pojawi się coś o ptakach takimi oto słowami: „Teraz było o ptakach”. Powinno być czytelne.

Na chleb zarabiam w pewnym eleganckim miejscu. Każdy z elementów wyposażenia tego miejsca powinien zwycięsko przejść „test białej rękawiczki”. Jestem jedną z osób odpowiedzialnych za korzystną prezentację przestrzeni, więc z antypatią podchodzę do wszystkiego i wszystkich, którzy robotę mi utrudniają. O ile o ekspozycję wewnątrz łatwo zadbać, o to, co znajduje się pod gołym niebem – średnio. Zwłaszcza, że natura stara się wyprzeć kulturę na różne sposoby. Korzenie drzew siłują się z kostką brukową, szpalery mrówek próbują zmienić kolor tapicerek, liście robią za dywany no i te ptaki. Zrzucają balast wprost na ekskluzywne sprzęty. U nas tych stworzeń się nie lubi. Ale bez przesady, nie jesteśmy potworami, o czym zaświadczyć może pewna krótka historyjka. Przytoczę ją szybko. Znalazłam kiedyś ptaszka ze złamaną nogą w lampionie ogrodowym. Akurat przechodziła tamtędy kobieta, która zdeklarowała się jako miłośniczka i wspomożycielka wszelkich zwierząt. Powiedziała, że ma doświadczenie w temacie, bo w dzieciństwie dostawała każde zwierzę, jakie tylko chciała (zapomniałam zapytać o te egzotyczne gatunki i większe gabaryty typu słonie). Zapakowała ptaszka do pudełka i zabrała na rekonwalescencję.
Teraz przerywnik w postaci zdjęcia.


A są ludzie, którzy mają serce dla gołębi, wróbli, srok i innych miejskich ptaków. Np. taki Balcerek z „Alternatywy 4” – chłop o gołębim sercu. Albo pewien profesor z wydziału Sztuki Mediów na warszawskiej ASP – też hodowca gołębi. Albo dziewczyna, której prace chcę dziś opisać. Nazywa się Marta Żylska i jest fascynatką dwóch tematów – warszawskiej architektury modernizmu i warszawskiej awifauny. Nie łączy się? A właśnie, że tak! Marta pokazuje Warszawę jako miasto, które po wojnie odrodziło się z popiołow jak feniks. Na zgliszczach stanęły budynki w stylu powojennego modernizmu, a w opozycji do terenów zabudowanych (a może właśnie w symbiozie z nimi?) funkcjonują miejsca półdzikie, takie jak na przykład okolice prawego brzegu Wisły. Tam rządzą siły natury, tam znajduje się siedlisko rzadko spotykanych w innych miastach gatunków ptaków. Marta na swoich sitodrukach pokazuje taką właśnie symbiozę architektury z fauną, jaką można zaobserwować w stolicy.

Uważam, że świetnym pomysłem jest wyeksponowanie jednej z takich prac u siebie w domu. Warszawiaku, wymień jelenia na rykowisku na gołębia przy Rotundzie.
Aha, chciałam jeszcze dodać, że Marta bardzo konsekwentnie prowadzi profil Warsaw Birds na facebooku. Konsekwentnie pod względem częstotliwości i tematyki wrzucanych zdjęć. Szacun.

facebook.com/warsawbirdss 

Follow my blog with Bloglovin

1 komentarz :